< WRÓĆ DO Nowości wydawnicze

W dojrzewającym słońcu- Patricii Atkinson- wywiad z Autorką!

Nowości wydawnicze2011-07-19

Najbardziej zajmująca opowieść o la vrai vie rustique française
od czasu Roku w Prowansji Petera Mayle’a. „GUARDIAN”

 
W księgarniach od 27 lipca br. 


PATRICIA ATKINSON – niegdyś pracownica banku, obecnie właścicielka winnicy w dolinie Bergerac na południu Francji oraz autorka bestsellerowej autobiografii W dojrzewającym słońcu, tłumaczonej na wiele języków, i jej kontynuacji pt. Sezon na winobranie.
Jest kobietą sukcesu: pracuje nad nową powieścią, sprzedaje wina w Anglii, Szwajcarii i Japonii, wynajmuje domy wczasowiczom, a Anglicy realizują o niej filmy dokumentalne. Strona internetowa autorki: www.closdyvigne.com

Wywiad z Autorką.

 Dlaczego Francja, a nie Włochy? Dlaczego Dordogne, a nie Prowansja? Dlaczego wino, a nie oliwa?

Powód jest prosty. Znaliśmy ten region wcześniej. W czasie wakacji nasze dzieci brały udział w międzynarodowych wymianach. A Francja - ponieważ co roku właśnie w tym kraju spędzaliśmy nasz urlop . Wino – gdyż właśnie winnica otaczała dom, który kupiliśmy.

Francuzi przyjęli Panią bardzo życzliwie. Czy tak odnoszą się do wszystkich cudzoziemców, którzy chcą zamieszkać we Francji? Nie każdy tak jak pani zna świetnie język francuski i chce się integrować z lokalną społecznością, niektórzy traktują francuski dom jedynie jako domek na wakacje albo inwestycję.

Rzeczywiście spotkałam się z ciepłym przyjęciem ze strony Francuzów. Ale z tego co wiem, nie jest to powszechne nastawienie. W moim przypadku było inaczej gdyż moi sąsiedzi widzieli jak prowadzę traktor, pielęgnuję winorośl i ciężko pracuję. Ludzie mieszkający na wsi bardzo szanują pracę. Mogli się zatem przekonać, że ja przynajmniej się staram. Oczywiście są Francuzi, którzy nie przepadają za angielskimi imigrantami, którzy nawet mieszkając tutaj przez cały rok, nie zadają sobie żadnego trudu, by nauczyć się mówić po francusku, czy włączyć w życie wspólnoty w jakiś inny sposób. Co zaś się tyczy tych, którzy mają tu wakacyjne domy i przebywają w nich kilka miesięcy w roku, cóż, Francuzi nie mają wobec nich jakiegoś określonego zdania. Po prostu, teraz są, za chwilę ich nie będzie…

Co najmniej kilkanaście tysięcy Brytyjczyków mieszka w Dordogneshire. Skąd się wziął ten trend, ten exodus z Wysp do dordońskiego eldorado?

Tutejszy krajobraz jest niezwykle urokliwy. Łagodne doliny i słońce, które opromienia stare kamienne budynki przypominają nieco angielskie Cotswolds. Motywy, które kierują przybywającymi tu Brytyjczykami, są rozmaite. Słońce, wino, jedzenie oraz kontynentalny tryb życia są z pewnością w czołówce. Dawniej można było kupić tutaj dom o wiele taniej niż w Anglii, koszty utrzymania też były niższe. Teraz to się zmienia. Z finansowymi problemami boryka się całkiem spora grupa emerytów, która się tu osiedliła, i dla której teraz życie stało się trudniejsze. Często za decyzją o przeprowadzce do Francji kryje się rozczarowanie. Ci, którzy nie są w stanie albo nie chcą nauczyć się języka, tracą dostęp do tej bogatej i zróżnicowanej kultury. Nie można jej zrozumieć, jeśli nie jest się gotowym na integrację z miejscową społecznością.

Na początku książki pisze pani, że dała się uwieść własnym wyidealizowanym wyobrażeniom: „słońce, piękny krajobraz, dobre jedzenie i wino”. Co wyniknęło ze zderzenia ich z rzeczywistością? Czy doświadczyła pani jakiegoś rozczarowania?

Nie, ale samo wyobrażenie, że czeka tu na mnie słońce, piękny krajobraz, dobre jedzenie , wino i nic więcej, było niczym innym jak ułudą. Nasze życie będzie takie, jakim je uczynimy. Ale często nie wiemy czego tak naprawdę chcemy, i nic z nim nie robimy, przynajmniej świadomie. I życie wtedy nas uczy. Ważne, byśmy na tę lekcję byli otwarci.

W latach dziewięćdziesiątych Gageac było uroczym miasteczkiem, w którym „przeszłość łączy się z teraźniejszością”, i można było w nim wyczuć pewną „trwałość, tradycję wiejskiego życia skupionego wokół zamku i kościoła”. Jest w tym obrazie coś z pięknego ponadczasowego archetypu. Ale trudno mi uwierzyć, by XXI wiek nie wtargnął w to zacisze i nie zmienił w jakiś sposób Gageac…

Od czasu gdy dwadzieścia dwa lata temu przeprowadziłam się tutaj, Gageac przeszło wiele zmian chociaż samo miasteczko, jego architektoniczna tkanka są w zasadzie nietknięte przez czas. No, może wyjąwszy dwa nowe domy. Zmiany, które się dokonały, miały charakter przede wszystkim kulturowy. Gdy tu zamieszkałam, w każdym domu, w każdym gospodarstwie były kury, kaczki, gęsi, a paru gospodarzy hodowało też świnie. Obecnie nikt nie zajmuje się taką hodowlą. Wielka szkoda! Teraz mam problem nawet z kupnem świeżych jajek. To samo dotyczy uprawy warzyw. Kilku miejscowych jeszcze się tym zajmuje ale jest ich coraz mniej. Wielu sąsiadów, ludzi z okolicy, których poznałam gdy się tu pojawiłam, już odeszło albo są w bardzo podeszłym wieku. To smutne ale to również obrazuje owo mieszanie się teraźniejszości z przeszłością. Oni odeszli lub odchodzą w przeszłość ale zostawili coś realnego, coś, co przetrwa, zostanie po nich.

W jaki sposób Francja i Gageac zmieniły panią?

Ta zmiana dokonała się na wielu płaszczyznach. Jestem dziwną mieszanką francuskości i angielskości. Czuję się Francuzką jeśli chodzi o podejście do biurokracji i spraw urzędowych (to znaczy: narzekam, protestuję, poddaję się), ale jeśli chodzi o odporność, której, jak mi się wydaje, brakuje Francuzom, pozostałam Angielką. Chyba jestem lepszą osobą niż byłam kiedyś. Na pewno jestem inna. Wiele się nauczyłam, nie tylko jak produkować wino i prowadzić biznes, ale też jak żyć, zachowując spokój umysłu. Może gdybym została w Anglii, też osiągnęłabym podobny stan. Nie wiem. Dorastamy przez całe życie. Moje było dość burzliwe i pełne niespodzianek.

Gdy czytałam pani książkę uderzyła mnie postawa francuskich winiarzy. Ich życzliwość, chęć pomocy. Wydawało mi się, że stanowią zamkniętą kastę i że prowadzenie tego interesu bez ostrej konkurencyjności jest raczej niemożliwe.

Tak, winiarze mają pewne poczucie wspólnoty. I jest to wspaniałe. Nie oznacza to jednak, że nie ma między nimi zazdrostek czy zawiści. Oczywiście, że są. Jeśli ktoś wytwarza świetne wino, a inny nie potrafi osiągnąć tego poziomu, to rzecz jasna pojawia się zazdrość. Jeśli ktoś sprzedaje setki hektolitrów wina, a ktoś inny znacznie mniej, no cóż, może to być powód do zmartwienia. Ale gdy pojawia się jakiś kryzys, gdy ktoś z nas potrzebuje pomocy, wszyscy natychmiast są w pogotowiu, nikt nie zawaha się przed podaniem pomocnej ręki. Gdy gradobicie niszczy czyjąś uprawę, wszyscy współczują. Przecież takie nieszczęście mogłoby się przydarzyć każdemu z nas.

W dojrzewającym słońcu jest książką o zaczynaniu życia na nowo, o regionie Bergerac i ludziach w nim mieszkających, o przyjaźni i sukcesie, który przychodzi po ciężkiej pracy. Jest to też opowieść o winie, wielkiej pasji i mozolnym uczeniu się uprawy winorośli i produkcji wina. W pewnym sensie to taki poradnik dla początkujących producentów wina.

Ma pani rację choć ja ujmuję to nieco inaczej. Wino stało się tematem tej książki poniekąd przez przypadek. Jest to przede wszystkim powieść o ludziach i walce z przeciwnościami losu. Ludzie identyfikują się z problemami, które poruszam, dlatego ta książka odniosła taki sukces. Wszyscy stykamy się z przeciwnościami losu, musimy z nimi walczyć w taki czy inny sposób. Oczywiście, jest to też po trosze taki mały podręcznik winiarstwa. Ludzie zaczynają ją czytać, nic o nim nie wiedząc. Gdy ją kończą, zyskują jakąś wiedzę na temat tego co przez rok czy dwa dzieje się w chai, poznają wszystkie wzloty i upadki, które przydarzają się przy uprawie winorośli i produkcji wina, i potem mogą sami spróbować to robić. Zdarza się, że ludzie, którzy kupili jakąś niewielką winnicę albo jako amatorzy wyrabiają wino w domu, pytają mnie o to i owo.

Co pani uważa za swój największy sukces po tylu latach mieszkania we Francji?

To bardzo trudne pytanie.  Myślę, że na ten sukces składa się wiele drobnych sukcesów, które w ciągu tych lat odniosłam. Od nauki obsługi traktora do sprzedaży pierwszej butelki wina, od poszerzenia granic winnicy po doświadczenie w zakresie marketingu. Bez pomocy ze strony Francuzów, w szczególności tych zajmujących się produkcją wina, nic z tego by mi się nie udało. Mówi się, że sam jesteś twórcą swojego sukcesu, ale jestem wdzięczna moim sąsiadom za cierpliwość, pomoc i przyjęcie mnie do wspólnoty. Vive la France!

 Rozmawiała Marta Bartosik

Marta Bartosik
WL Dział Promocji i PR

 

KOMENTARZE
2011-12-03Małgosia
W dojrzewającym słońcu przeczytałam w zasadzie jednym tchem. Zaraz potem sięgnęłam po Sezon na winobranie. Obie książki, pisane raczej bardziej w duchu reportażu niż autobiografii, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Warto przeczytać. Szczery, subtelny sposób narracji, za którym jednak kryje się życie pełne dramatyzmu i emocji a jednocześnie wiary w siebie i hartu ducha. To nie książka o łatwym szczęściu tylko o ciężkiej pracy, szacunku do ludzi i przyjaźni. Nastraja optymistycznie i dodaje sił. Polecam.
DODAJ KOMENTARZ

Komentarz:

Podpis:

E-mail:

WYŚLIJ

< WRÓĆ DO Nowości wydawnicze
© Copyright papaja.pl 2001-2019. Wszystkie prawa zastrzeżone. VPS